nieopisane wariactwo

To koniec.

Dopadła mnie.

Do tej pory myślałam, że może trochę przed nią ucieknę. Że może się zabawimy, ale jakoś tak bez zobowiązań… Bez zbytniego zaangażowania, bez deklaracji i bez: że cię nie opuszczę…

Bywało różnie. Czasem mnie intrygowała, bywały momenty, że byłam w stanie wiele poświęcić, żeby ją dogonić, nawet przedwcześnie. Daj spokój, mówili, nie jest tego warta. Korzystaj z życia, póki możesz. Kiedyś będziesz na nią skazana. Jeszcze zatęsknisz za tym, co masz teraz.

Dorosłość.

Dopadła mnie z dnia na dzień.

Wszystkie moje plany na TEN konkretny dzień legły w gruzach. Wyobrażałam sobie dokładnie dzień wyprowadzki z rodzinnego domu, układanie sobie po kolei wszystkich spraw, przyzwyczajanie się do prawdziwie dorosłego życia. Przy okazji większą swobodę, totalne uniezależnienie od wszystkich, życie wyłącznie pod własne dyktando.

Cóż, życie zweryfikowało moje plany, stawiając mi na drodze zupełnie nowe wyzwania. Ciekawi mnie, że po raz 13412452254 los mnie zaskakuje, a ja nadal naiwnie wierzę w moc swoich cudownych planów… (to chyba temat na osobny wpis). Dziś siedzę zatopiona po uszy w dorosłości, mając pod opieką starszą osobę. Zamiast stuprocentowej swobody mam sto procent odpowiedzialności za drugiego człowieka. Zamiast szlajania się po nocy ze znajomymi, szlajam się z samego rana po bułki do piekarni i wydzielam leki. Zamiast sobotniego Dnia Lenia mam codziennie Dzień Kucharza, Sprzątaczki i Pielęgniarki.

Faktycznie, nie mogę zawołać do nikogo: Wstaw wodę na kawę! Nie mogę rzucić wszystkiego i wyjść na długi spacer (ani wyjechać w Bieszczady!). Dorosłość, którą miałam śmiałość sobie wyobrazić, wyglądała trochę inaczej. Przynajmniej ta dorosłość przed założeniem własnej rodziny. Podejrzewam, że większość osób mówiąc studenckie życie ma na myśli coś zgoła innego niż to, co zdecydowałam się przyjąć na klatę.

Właśnie – zdecydowałam się. To był mój świadomy i dobrowolny wybór. Nie zostałam przymuszona przez nikogo ani przez żadne siły natury.

Moje studenckie życie, moja dorosłość, która na początku mocno przygniotła mnie swoim ciężarem, to bycie potrzebnym. To odpowiedzialność za życie swoje i drugiego człowieka.

Może i nie mogę wyskoczyć spontanicznie na imprezę. Może i nie dam rady zaspokoić każdej swojej zachcianki na pstryknięcie palcem i nie wyłączę się z życia na weekend. Ale spełniam swoje największe życiowe potrzeby. Daję komuś siebie. Pomagam. Czerpię radość z radości drugiego człowieka.

Związałam się z dorosłością.
Na poważnie.
Z zobowiązaniami.
To związek z przyszłością.
Czy to oznacza, że powinnam powiedzieć: I że cię nie opuszczę aż do śmierci?

Świecie, kręć się ciut wolniej!…

Reklamy

Jedna myśl na temat “nieopisane wariactwo

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s