niechcemisie

dnia

Trochę mnie tu nie było, ale powracam. Mam straszne urwanie głowy, a do tego wszystkiego nawiedziły mnie okrutne niechcemisie.

Strasznie mi się nie chce. Czekam na święta i doczekać się nie mogę. Zostało 13 dni do Wigilii, w tym tylko kilka dni zajęć na uczelni, a ja czuję, jakbym wlokła się pod stromą górę na czworaka. Zajęcia od rana do nocy, coś do napisania, coś do zaliczenia, a przydałoby się jeszcze kupić prezenty dla najbliższych i na dodatek, dałby Bóg, mimo wszystko być żywą. Ten wpis, oprócz tego, że piszę dla Was, dedykuję sobie. Może chociaż on zmotywuje mnie do tego, żeby się jeszcze nie poddawać. Żeby dać z siebie sto procent na ostatniej prostej do Świąt.

To jest ten czas, kiedy mam ochotę leżeć w łóżku pod ciepłą kołdrą dwadzieścia pięć godzin na dobę. Albo ewentualnie z kubkiem kawy w ręku coś poczytać, albo obejrzeć jakiś film. Tymczasem życie każe mi ruszyć cztery litery, chodzić na uczelnię i udawać, że ogarniam. A ja już ledwo ogarniam. Czuję się wyzuta z energii, kiedy przychodzi mi od ósmej rano do dwudziestej oglądać mury mojej Alma Mater. Dla rozwiania wszelkich wątpliwości – kocham to miejsce całym sercem, ale o tej porze roku, tuż przed świętami, tak jakoś wyszło, że moje łóżko kocham jeszcze bardziej.

Jest jedna rzecz, która mnie jakoś motywuje. To dziwnie zabrzmi w kontekście tego, co do tej pory napisałam, ale kiedy dzwoni mi budzik o piątej czterdzieści, z radością wstaję, ubieram się i idę na roraty. Tak właśnie. Ten spacer po ciemku do kościoła na szóstą trzydzieści dziwnie napełnia mnie energią. Miło by było, gdyby nie fakt, że po powrocie do domu znowu jestem padnięta. Jeszcze gorzej, jak pomyślę, że mam zajęcia do wieczora. Jak żyć?

Myśl pozytywnie!

O tak, jakież to prawdziwe! Nie ma to jak autoporada. Myślę pozytywnie. Nawet bardzo. Kiedy wyobrażam sobie, ze już w przyszłym tygodniu będę stała w kuchni, gotując najlepsze pyszności świąteczne, lepiąc pierogi, piekąc pierniczki… robi mi się trochę lepiej. Nie oznacza to jednak, że magicznym sposobem z radością patrzę na przenudny referat, który mam do napisania, nota bene na jutro. A on leży. Tknięty i niedokończony.

Mamrotanie – plusy i minusy

Plusy mamrotania? Pomamroczę sobie, że jest mi źle, że mi się nie chce, zrzucę z siebie ten ciężar. Ale to by było na tyle, jeśli chodzi o plusy. No, może ewentualnie uda mi się coś sobie uświadomić, kiedy powiem głośno, co mi leży na wątrobie. Może ktoś ma podobnie? Może połączę się z kimś w bólu?

Minusy? Tracę czas, który mogłabym spożytkować choćby na napisanie referatu 🙂 Poza tym umartwiam się tym moim umartwianiem, a to mnie jeszcze bardziej dobija.

 

Co mogę zrobić w zaistniałej sytuacji?

Wszystko wskazuje na to, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko uśmiechnąć się do tego mojego niechcemisia, wstać i pójść dalej.

Zrobić, co mam do zrobienia i czekać na święta. Bo przecież zaraz nadejdą. A to, w jakim humorze je zastanę, zależy tylko ode mnie 😊

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s